Awarowie, warownia i wojna

W Azji wielu historyków prezentuje odmienną wizję dziejów, niż ta, którą się przyjmuje w Europie. Już parę dziesiątków wieków temu cywilizacja grecko-rzymska splatała się z kulturami zrodzonymi w Mezopotamii, na południowym przedgórzu Kaukazu w dolinie Nilu i na terytorium Afryki Północnej. W podręcznikach historii trudno odnaleźć informacje że my, Polacy mamy w sobie genetyczny przekaz Sarmatów, indoirańskiego ludu który pozostawił po sobie ślady w dorzeczach Dniestru i Dniepru, w deltach Amu-darii i Syr-darii, nad Wołgą i nad Donem, w Kazachstanie i Samarze, w Ałtaju, na Uralu i w południowej Syberii. Prowadzili zarówno osiadły, jak i koczowniczy tryb życia. Wędrując przez Wielki Step wzdłuż brzegów Morza Kaspijskiego, Sarmaci dotarli nad Wisłę, gdzie zasymilowali się ze Słowianami.

Issa Adger-Adajew, ostatni dyrektor zniszczonego przez Rosjan Muzeum Historycznego w Groznym, wspomina o Sarmatach w swojej książce „Kamienie mówią” (Warszawa 2005). Grupy nomadów, sunące z wozami, bydłem i końmi na północ wzdłuż dzisiejszego Morza Kaspijskiego, przodkowie Czeczenów – Nachowie nazwali „c’ armat” – Sarmaci. Określało to koczownika „wędrującego z ogniskiem”, a także „mającego nieczystą mowę” i „żyjącego w nieładzie”. Owidiusz wspominał o „grubej” mowie koczowników i ich niestrzyżonych, włosach. Uważano ich za dzikusów, ale dzikusów nie budzących grozy i popłochu. W odróżnieniu od Awarów i Hunów, których nazwy weszły do języków sąsiadujących z nimi plemion nie tylko w słowach i przysłowiach podkreślających dominację i heroizm, ale też – przede wszystkim – zniszczenie i zagrożenie.

Starożytni Hetyci słowem „avari” określali wieże lub straż graniczną. Polskie słowo „awaria” ma pochodzić od arabskiego „avar” czyli „wada”, „szkoda”. Po łacinie „aversio” to wstręt, odraza, obrzydzenie, krótko: awersja. W języku litewskim – „varu” to „siła, pod przymusem”, a „vartai” – to „brama”, „wrota”, skąd już blisko do staroruskich dwieri i do węgierskiego vár – „zamek”. Również angielskiego „war” – „wojna”. W języku szwedzkim „avvarja” oznacza „odparować cios”, „odeprzeć wroga”, „ochronić”, „zapobiec”. Tureckie „avariz” – to „przeszkoda”, „zawada”. Można stąd wyciągnąć wniosek, że Sarmaci pozbawieni byli agresywnej ekspansywności, co być może wynikało z ważnej roli kobiet w ich strukturze społecznej; kobiety były szamankami, brały też udział w wyprawach wojennych i polowaniach. Zapewne wpływały również na utrzymanie pewnej „sprawiedliwości” czy „rycerskości” swych współbraci. Odróżniało to Sarmatów zarówno od Scytów, jak i od większości plemion indoeuropejskich. Co nie znaczy, że nie byli ludem wojowniczym – słynęli z waleczności, a do walk zaprawiani byli od dzieciństwa. W starożytności uważano Sarmatów za potomków Scytów i Amazonek. Może to dzięki udziałowi kobiet w życiu społecznym nie tylko walczyli, ale też łatwo wchodzili w pokojowe związki z innymi plemionami i byli otwarci na inne kultury. W ich języku widoczne były wpływy irańskie, nachskie, adygejskie i turkskie.

O pochodzeniu polskiej szlachty od „starożytnego ludu z kraju Partów” pisał już Wincenty Kadłubek. W kulturze polskiej dziedzictwo po Sarmatach widać chociażby w wielkim umiłowaniu wolności, męstwie i dobroduszności. Amerykański antropolog Scott Littleton udowodnił powiązania legend arturiańskich – do których należy ta o Rycerzach Okrągłego Stołu – z eposami sarmackimi. W XIX wieku opowieści o pansłowiańskim braterstwie różnych, obcych sobie mentalnie i historycznie, ludów środkowo-wschodniej i południowej Europy inspirowała carska Ochrana. Trudno na serio traktować baśń o trzech braciach: Lechu, Rusie i Czechu, i ich spotkaniu nad brzegiem jeziora Gopło, pod dębem, na którym biały orzeł miał gniazdo. Stąd bracia mieli rozjechać się na trzy świata strony, dając początek trzem słowiańskim narodom. Legendarny Rus był zapewne Wikingiem, Czech najprawdopodobniej Celtem, a Lech… Ugrofinem, który zachował w swoim imieniu nazwę grodu, skąd pochodzili jego przodkowie.

Gród ten istnieje do dzisiaj. Jest stolicą himalajskiego księstwa Ladak, w którym wiele górskich dolin zamieszkują szczepy ugrofińskie. Zachowały one pamięć archaicznego języka ugrofińskiego w którym słowo bałt oznacza błoto. Od niego ma pochodzić zarówno nazwa Baltistanu w Pakistanie, Morza Bałtyckiego i Balatonu, a także Bałucianki – niewielkiej wsi w Beskidzie Niskim. Nazwę Leh nosi rzeka w Bawarii, nad którą w 955 r. wojska niemieckiego cesarza Ottona I pokonały Madziarów, kładąc kres ich dalszym najazdom w głąb europejskiego kontynentu. Warto też wspomnieć, że nad Bajkałem była również kolebka Celtów – Galów. Wędrując na zachód mieli utrwalić swój ślad w nazwach rzek: Wisły i Sanu. Leżąca o 1777 km na wschód od Moskwy linia wododziałowa uralskiego grzbietu jest tylko umowną granicą pomiędzy Europą i Azją. Byliśmy od prawieków mieszkańcami Eurazji. Czy też Azjopy, jak twierdził jeden z doradców prezydenta Władimira Putina.

Po oceanie stepów od Huang-Ho do Dunaju, gnani głodem, gdy słońce wypaliło trawę i nadzieją na znalezienie zielonych pastwisk, wypierani przez silniejszych sąsiadów, ciągnęli na zachód z podnóży Ałtaju i tybetańskich płaskowyżów Hunowie, Goci, Awarowie, Bułgarzy, Pieczyngowie, Połowcy, Tatarzy, Scytowie, Antowie i Sarmaci. W większości Ugrofinowie, Indoirańczycy i ludy turkskie. W przekazie genetycznym mieszkańców południa Francji zachowały się ślady pobytu wojów Attyli, a w Bretanii są wioski, gdzie rodzą się dzieci z mongolskim „Chuch tolbo” – niebieskim piętnem tam, gdzie zaczyna się kręgosłup. Przybysze z głębi azjatyckich stepów oddawali cześć bogu Tengri, którego znakiem był równoramienny krzyż. Przedstawiał słońce z czterema promieniami. Takie właśnie krzyże zdobią naszyjniki („zgardy”) noszone jeszcze dziś przez kobiety na Huculszczyźnie. Awarowie (od których ma pochodzić nazwa Bawarii) na skórzanych napierśnikach nosili wizerunek równoramiennego krzyża wpisanego wkoło – znak Tengri. Dziś nazywany jest krzyżem celtyckim. W Etiopii chrześcijańscy wędrowni mnisi posługują się po dzień dzisiejszy „hawariami” – drewnianymi krzyżami wpisanymi w koło. Wśród tureckich uczonych nie jest odosobniony pogląd, że to od ich przodków wyznawcy Chrystusa zapożyczyli kult krzyża. Pierwsi chrześcijanie, rozszarpywani na arenach Rzymu, jako znak swojej wiary rysowali przecież rybę.

Śpiewana przez Chór Aleksandrowa pieśń o Wołdze – „rzece rosyjskiej”, jest rodzajem manipulacji wyobraźnią historyczną. Nad tą rzeką, w przekazach starożytnych noszącą nazwę Itim, i jej dopływami, mieszkają od prawieków co najmniej 23 narody: m.in. Czuwasze, Mordwińcy, Bułgarzy, Chazarowie, Tatarzy, Baszkirzy i Kałmucy. Rosjanie należą do mniejszości.

Tataro-mongolscy wojownicy, szykując się do rajdu znad Selengi i Orchonu na zachód, mieli przytroczone do końskich juków wysuszone na mrozie i sproszkowane mięso z wołu, wsypane do odpowiednio wyprawionego żołądka tego zwierzęcia. Dalej inne menu, w łatwej do zapamiętania proporcji – jeden wół dla jednego wojownika. Taki koncentrat „dr Knorra sprzed wieków”. Sarmaci koczowali nieco bliżej. I nie mieli rozwiniętego na podobnie wysokim poziomie zaopatrzeniowego „know-how”. Gnali ze sobą stada baranów. I co wieczór jeden dawał gardła. Nie było ani czasu, ani wystarczającej ilości chrustu, by go dokładnie upiec. Łój szybko zastygał na rękach, twarzach i wąsach. W przeciwieństwie do Mongołów, Sarmaci mieli dość bujnie owłosione oblicza. Kontynuacja udziału w biesiadzie była możliwa, jeśli nastąpiło odgarnięcie owłosienia od ust. I tak zostało.

Wydany w XIX w. carski ukaz zabraniał noszenia sterczących jak wiewiórcze ogony z obu stron „polskiej” ozdoby męskiej twarzy. Wąsy były uważane za polityczną demonstrację. Na zachowanych zdjęciach widać, że nosili je moi pradziadkowie. W Kyzył, stolicy Tuwińskiej Republiki Autonomicznej, dawnym Kraju Urianchajskim, kilkaset metrów od graniastosłupa oznaczającego centrum Azji, stoją kamienne idole wykopane na stepach abakańskich i nad górnym Jenisejem. Monumentalne, grubo ciosane postacie z zakręconymi zawadiacko, „laszymi” wąsami. Kamienne ich torsy pokrywają znaki runiczne. Określane są jako Sarmaci. Szlachta Rzeczpospolitej, uważająca się za potomków Sarmatów, przyjmowała stroje, gusty kulinarne i broń za modą panującą w Isfahanie, Seraju czy Baku. Lekka, ozdobna szabla – karabela, którą każdy szlachcic nosił u boku – nazwę miała zawdzięczać leżącej niedaleko Bagdadu starożytnej Kerbeli, słynącej ze znakomitych warsztatów płatnerskich. Jedwabne pasy, w których tak się lubowali nasi przodkowie, początkowo powstawały w warsztatach tkackich Karabachu. Dopiero od końca XVIII w. tkano je na miejscu, w persjarniach. Najsławniejsze znajdowały się w Słucku. Były też w Kobyłce pod Warszawą. Z kolei kiełbasa, uważana w sklepach Nowego Jorku za typowo polski przysmak, swoją nazwę wywodzi z języka… farsi. Rozkwit Rzeczpospolitej Wielu Narodów był możliwy dzięki temu, że następcy Czingis Chana przez parę wieków skutecznie hamowali krwiożerczą zachłanność władców Moskwy na cudze ziemie.

Władcy Rosji uczynili wiele, aby zakłamać historię mongoło-tatarskiego panowania i bogactwo cywilizacji, jaka została im przekazana. Łącznie z wojennym „know-how”, systemem prawnym wzorowanym na „jasie” Czyngis Chana, systemem podatkowym, poczcie urtonowej, religijnej tolerancji i zwyczajowi noszenia jedwabnej bielizny. Choć trudno się nie zgodzić z opinią jednego z historyków, że „to właśnie Mongołom i ich wieloletnim rządom na Rusi zawdzięczamy zwichnięcie rycerskiego charakteru dumnych Waregów i wykształcenie takich cech ruskich elit, jak podejrzliwość, podstępność, okrucieństwo, wiarołomstwo, rabstwo wobec silnego i bezbrzeżnej pogardy wobec mniejszego i słabszego”.

Coraz częściej dostrzegamy znamiona schyłku epoki kulturowej dominacji zachodu cywilizacji śródziemnomorsko-atlantyckiej. Apologeci imperialnych dokonań Anglosasów i Wielkorusów muszą przyjąć do wiadomości, że języki angielski i rosyjski będą w miarę upływu dziesięcioleci ustępowały pola chińskiemu, hiszpańskiemu i językom turkskim. Tymi ostatnimi można się porozumiewać zarówno nad brzegiem Adriatyku, nad Morzem Ochockim, w Sinkiangu i kilkadziesiąt kilometrów od Moskwy.

Niestety to na glebie chrześcijańskiej Europy wyrosły totalitaryzmy, których pretorianie najbardziej krwawi i znienawidzeni nosiciele trupich czaszek i czerwonej gwiazdy na czapkach, ci z SS i NKWD, urodzili się w rodzinach chrześcijańskich. Oprawcy z Oświęcimia i Katynia w dzieciństwie nosili na piersiach święty medalik lub krzyżyk. Brak tolerancji dla ludzi innej religii, koloru skóry, obyczaju, rzadko występował w dziejach powszechnych w podobnej skali jak w Europie.

Centrum cywilizacyjne planety Ziemia na naszych oczach przemieszcza się nad brzegi Pacyfiku. Jesteśmy świadkami krachu dualistycznego systemu równowagi. Imperium radzieckie, ostatnie kolonialne imperium naszego globu rozpadło się. Nadal jednak Syberia pozostaje kolonią Rosji. Dopiero w XVIII w. watahy zbójów grasujących na wielkich rzekach północnej Azji, konkwistadorów Syberii, objęły w posiadanie królestwo mrozu i cenniejszych od złota futer. Zesłańcy, a później pensjonariusze Archipelagu Gulag, wśród których znaczący procent stanowili Polacy, zmuszeni byli rozumieć mowę katów i oprawców. Część ich potomków uległa rusyfikacji „obrusieniu” – jak dawniej mawiano na Kresach.

Syberia dawno już zasłużyła, aby wybić się na niepodległość. Jako samodzielne, demokratyczne turksko-rosyjskie państwo z własną, jakże bogatą i tragiczną historią. Że wcześniej czy później jej mieszkańcy zaczną domagać się niepodległości, zdawali sobie już sprawę rosyjscy gubernatorzy, tłumiący powstanie polskich zesłańców, w 1864 r. wzniecone w rejonie Bajkału, a także dowódcy karnych ekspedycji przeciwko basmaczom. Świadom tego był też posiadający kałmucko-żydowskie korzenie Włodzimierz Lenin, który zadecydował o utworzeniu Republiki Dalekiego Wschodu. Republikę proklamowano 6 kwietna 1920 r. Jej armia wzięła udział w operacjach wojennych przeciwko oddziałom barona Romana Maksymiliana von Ungern-Sternberga. Gdy nowe państwo zaczęło uzyskiwać międzynarodowe uznanie, zgromadzeni w Czycie przedstawiciele ludu pracującego dobrowolnie (?) poprosili władzę Rosji Radzieckiej o włączenie do wielkiej rodziny narodów radzieckich. Miało to miejsce 14 listopada 1922 r. Prośba oczywiście została uwzględniona. Moskwa – niestety – potrafiła z Syberii uczynić tylko gigantyczny, na niespotykaną w dziejach skalę, obóz koncentracyjny i eksploatować jej bogactwa naturalne w sposób niezwykle rabunkowy, zagrażający katastrofą ekologicznąna skałe globalną. A przecież Syberia mogła i powinna być drugą Kanadą. Wolna i demokratyczna będzie nią z całą pewnością. Zanim jednak to nastąpi, warto pochylić się nad repetytorium z historii.

Za dynastii Tang (618-907 n.e.) władza cesarzy chińskich sięgała po Morze Kaspijskie (Pe Hoj). Panowali nad ziemiami dzisiejszej Mongolii, Tuwy, Kazachstanu, Chakasji, Republiki Ałtaj, Tadżykistanu, Uzbekistanu, Kirgistanu i całego Dalekiego Wschodu. Dopiero pod koniec XIX w. carska Rosja weszła w posiadanie blisko połowy terytorium chińskiego. Odkąd Tataro-Mongołowie, za Czyngis Chana i jego następców, władających Chinami jako dynastia Juan (1279–1368), ucywilizowali trzymanych w karbach przez Waregów wschodnich Słowian, minęły wieki. Imperium Mongołów zintegrowało politycznie obszary leżące na południe od syberyjskiej tundry. Strategicznym jego jądrem była Syberia, obejmująca również Wielki Step, ciągnący się od brzegów Oceanu Spokojnego po Karpaty. Dla najeźdźców ze wschodu stanowił wspaniałą autostradę.

Powierzchnia Syberii, w zależności od przyjmowanej linii granic, wynosi ok. 12,7 mln km2. Słowa „sabir” i „seber” łączy się zwykle z etnonimami, określającymi plemiona Hunów. Tunguskie „sidur” oznacza „błoto”, „bagno”, „trzęsawisko”, mongolskie „sziber” lub „sziwir” – zarośla nad rzekami, buriackie zaś „sibjer” – groźnego psa, a „sabr”, „sibr” lub „subr” – szarego wilka, darzonego szczególną estymą przez ludy tureckie, Czeczenów i Etrusków. Moskwa oznacza płynący przez bagna strumień. Większość nazw syberyjskich miast i rzek ma tureckie korzenie. Omsk to „dużo śniegu”, Orienburg – „miasto, które leży niżej”, Orzeł – (erjoł) to „droga w górę”, Tiumeń – to „nizina”, a Saratow to Sar-at, czyli „żółty koń”. Nazwę stolicy groźnego północnego sąsiada nadali, po jej zdobyciu, przodkowie Kazachów, sojusznicy Czyngis-chana. Po kazachsku „moskoo”, to „dużo pijanych”…

W latach 1223–1783 ziemie Rzeczypospolitej aż 93 razy były najeżdżane przez tatarskie hordy, ale prowadzono też wymianę towarów i sprzymierzano się przeciw wspólnym wrogom. Wystarczy przypomnieć udział Tatarów w bitwie grunwaldzkiej, w wojnach z Moskwą, Kozakami z Turcją. Jak doszło do powstania jednego z największych w dziejach powszechnych imperium?

Odpowiedź nie jest prosta. Syn koczownika znad Ononu zjednoczył w jeden organizm państwowy grupy nomadów rozrzucone na stepach od Huang-ho po Dunaj. Sąsiednie ludy nazwały ich Tatarami. Od plemienia zdziesiątkowanego przez Czyngis Chana. Pokonani przekazali zwycięzcom swoje imię. Paradoks historii. Ich władcę nazwano chanem nad chanami – Czyngis Chanem. Nazistowscy uczeni twierdzili, że miał płowe włosy i niebieskie oczy. Za panowania czyngizydów wojny prowadzono zorganizowanymi w samodzielne korpusy oddziałami jazdy. Jej kolumny błyskawicznie przenikały w głąb atakowanego kraju. Wcześniej emisariusze rozbudzali waśnie plemienne i religijne, podburzali do buntu feudalnych wasali. Na drodze dyplomatycznej dążono do odosobnienia przeciwnika i oderwania odeń sprzymierzeńców. Role wywiadowców pełnili członkowie karawan kupieckich Chorezmijczycy, Rusini, Połowcy. Oni to sporządzali szkice, na których nanoszono nawet i łąki, gdzie będzie pasza dla koni.

Sprawdzianem gotowości bojowej były łowy. Rozciągnięta na setki kilometrów tyraliera ruszała jednocześnie spod Ałtaju, piasków Dżungarii i stepów chingańskich. Nagonka zamykała się w kotle na rozległej równinie. Chan własnoręcznie zabijał najwspanialszego marała-jelenia. Po zakończeniu polowania ci, którzy szczególnie dobrze się spisali, otrzymywali nagrody. Jeśli zwierzyna przechytrzyła nagonkę, winnego czekała w najlepszym razie chłosta. Do udziału w zdobywaniu warownych grodów zmuszano ludność tubylczą. Obrońcy musieli więc razić swoich bliskich. Stosowano technikę oblężniczą, długo jeszcze nieznaną w Europie. Baterie katapult, miny, rakiety, granaty, trujące gazy i płyny. Pociski zapalające znane już były Mongołom w czasach pierwszych wypraw na Europę. Masowe wyrzynanie opornych wcale nie było jedyną stosowaną metodą wojny psychologicznej. Miała łamać stawiających opór.

autor Witold Szirin Michałowski

źródło http://www.geopolityka.org/komentarze/witold-szirin-michalowski-syberia-nasza-niechciana-ojczyzna

Reklamy